21.04.2012, 23:59 / Paweł Surosz

Twój mózg jest narkomanem. Rozmowa z psychologiem i trenerem osobistym Miłoszem Brzezińskim

Miłosz Brzeziński wywiad Internet Facebook

Czy postęp techniczny jest dobry, czy zły? Czy tak znienawidzony przez wielu Facebook rozwija więzi międzyludzkie, czy skutecznie je zabija? Czy nasz mózg potrzebuje powodzi danych, czy lepiej zafundować mu informacyjną pustelnię?

Są to tzw. dylematy pierwszego świata, z którymi mamy do czynienia każdego dnia. Zmiany wokół nas postępują na tyle raptowanie, że konia z rzędem temu, kto znajdzie receptę na szczęśliwe życie w warunkach, które mogą ulec zmianie w ciągu zaledwie miesięcy.

Dlatego też wciągnęliśmy do rozważań nad wpływem cywilizacji i technologii na naszą egzystencję Miłosza Brzezińskiego - psychologa, trenera osobistego, autora książek i eksperta od "życiologii".

Paweł Surosz: Czy 10-20 lat temu ludzie byli inni niż teraz, czy ci sami, ale zmieniły się warunki?

Miłosz Brzeziński: Na pewno byli inni niż teraz, ze względu na świat w jakim żyli. Na przykład w XVII wieku człowiek przez całe życie dowiadywał się tylu rzeczy, ile teraz jest w weekendowym wydaniu popularnego prasowego dziennika. Więc nawet samych informacji było mniej. W 1856 roku przeciętny obywatel spędzał w pracy dwa razy więcej czasu niż dziś. To spora różnica – wiem o tym, bo codziennie pracuję jako konsultant biznesowy w zarządach firm wielkich i maleńkich, a tam ludzie się zastanawiają ciągle co to jest czas wolny, a co to praca i ile ma czego być.

Ale i w pewnym sensie ludzie są bardzo podobni do swoich praprzodków. Ogranicza nas to, jaki mamy mózg, który nie jest w stanie się za bardzo zmienić. Tak więc jeśli chodzi o strukturę, to jesteśmy wręcz tacy sami jak Mieszko I. Czy on tamtą Dobrawę kochał, czy nie i czy ją bzyknął przed ślubem, czy nie, to jedno. A co powiedział publicznie - czy ją kocha i czy to zrobił ze względów politycznych, to już co innego. Wielu badaczy kultury uważa, że ludzie kiedyś byli tacy sami i że można ich rozpatrywać na tym samym poziomie. Ale niektórzy nie. Dam ci przykład z muzyki: w muzyce istnieje taki nurt, żeby odtwarzać utwory Beethovena czy Mozarta, w których tempo powolne jest takie, jak uważano wtedy. Bo wtedy tempo powolne było wolniejsze niż dzisiaj i dla nas jest ono momentami trudne do zniesienia. To tempo się tak ślimaczy, że dla nas wręcz nic się nie dzieje. Ale oni wtedy takiej muzyki słuchali i jest mnóstwo zakrzywieńców, którzy dziś się wsłuchują w tę muzykę w niezmienionej postaci i są bardzo dumni. Tak, tutaj na pewno się różnimy.

Jednocześnie różnimy się jeszcze z paru innych powodów. Na przykład dlatego, że nie było wojny od długiego czasu i niespecjalnie wiadomo – tu duży cudzysłów - co z tym zrobić. To jest naprawdę duży problem społeczny: jak żyć? Normalnie było tak, że w Europie raz do roku wybuchała mniejsza lub większa wojna, a raz na pokolenie było tak, że jedni mężczyźni mogli i iść i pozabijać drugich „i wszystko było OK”. A teraz tej wojny nie ma i nie ma pomysłu jak sobie z tym poradzić. Jak ma żyć facet z babką w jednym domu całe życie? Kto ma rządzić? Co się dzieje emocjonalnie z obywatelami – na przykład jak być patriotą, kiedy nie ma wojny? Niektórzy wręcz pytają – po co być patriotą i rezygnują z przynależności narodowej. To jest dopiero zagadka! Mamy więc swoje różne kłopoty wynikające z naszych czasów i sytuacji, w jakiej żyjemy, pomimo tego, że fizjologia mało się różni.

A nie można być patriotą w Internecie?

 Pewnie, że można. Ale wiesz… Widziałem ostatnio na 9gag taki obrazek, gdzie kulka z hiszpańską flagą i mówi: "Yay, Spain!", obok była francuska kulka i mówi: "Yay, France", a dalej patrzy na nie niemiecka kulka i mówi: "Yay, Germany", i od razu tytuł z New York Timesa: "W Niemczech odradza się nacjonalizm" (śmiech). Więc niektórzy są tak naznaczeni, że do końca życia ciężko im będzie odkryć drogę patriotyzmu. To jest wielowymiarowa kwestia.

Trzecia historia jest taka, że dokonują się pewne zmiany komunikacyjne, ale nie bardzo wiadomo dokąd to zmierza i przez co jeszcze przejdziemy. Na przykład dla naszych rodziców duża wartością było, że jakąś informację zdobyli. A dla nas nie, bo nie trzeba po bibliotekach biegać, zapisywać się w kolejce po jakąś cudowną książkę w jednym egzemplarzu. Dla nas zdobycie wiedzy na każdym poziomie, łącznie z wiedzą profesora akademickiego i fizyki kwantowej jest właściwie do „wygooglania” natychmiast. Stąd się on zdewaluowała. Podobnie jak tytuł naukowy magistra. Wiedza deklaratywna, czyli przeczytanie książek, to za mało, żeby odnieść sukces. Konieczność w pewnym sensie, ale na rywalizacyjnym rynku pracy za mało. Do tej wiedzy teraz dostęp ma każdy i natychmiast.

Odnieśmy to do sytuacji, w której jeszcze 400 lat temu budowało się okręt w jakimś zakładzie szkutniczym: wiesz ile osób wiedziało jak się taki okręt buduje? Jedna. Lub dwie, jeśli ta osoba wiedziała, że zaraz umrze i się z kimś podzieliła. A reszta nie miała pojęcia co robi! Jeśli ktoś miał bogatych rodziców, to szedł do jezuitów, żeby się czegoś nauczyć. Wiedza zapisana była wtedy wiedzą rzadką, trudną do zdobycia i świętą.  Mało kto miał do niej dostęp. Trudno to nam sobie wyobrazić, ale za to teraz my mamy inny problem, którego nie mieli nasi rodzice: tych informacji jest po prostu za dużo i to tak podanych, żeby nam się wydawało, że każda informacja jest ważna. A – umówmy się - nie każda informacja jest ważna, nie mówiąc już o tym, że nie każda jest równie rzetelna, czy wręcz prawdziwa.

Na przykład pisząc wypracowanie o Hitlerze mógłbym znaleźć informacje, że był zbawcą ludzkości, wielkim filozofem, mistrzem kulinarnym, mesjaszem… A nie - mesjaszem jest podobno Bieber… I wiele podobnych. Ale dobranie tego co jest poprawne a co nie, to powinien być osobny przedmiot w szkole. Pytanie: jak w sieci szukać informacji, które są w porządku, a nie wszystkich, które są? Mój kolega rąbnął się ostatnio na popularnym blogu w kwestii autorstwa cytatu i następnego dnia, kiedy chciał poprawić nazwisko i wpisał w google swój cytat, cała pierwsza strona googla skopiowana przez spamboty była już z błędem. Fakt, że wynik się spersonalizował, ale nie sądzę, żeby większość użytkowników Internetu wiedziała co się w ogóle stało!

Niestety mózg wyrósł ewolucyjnie na takiego naiwniaka - i tutaj się odniosę do tego o czym zaczęliśmy rozmawiać - że wydaje mu się, że każda informacja jest ważna: „No bo jak coś do mnie dociera, to znaczy, że mnie to dotyczy”. Przez większość czasu ewolucji mózgu, tych informacji było faktycznie mało. I jeszcze: to były takie czasy, że każdy znał przeciętnie 12 osób, bo tak było jeszcze 200 lat temu. I jak się o czymś słyszało, to zwykle dotyczyło warunków siewu, plotek o sąsiadach, patentów na poradzenie sobie w życiu w danej okolicy – to były wszystko wartościowe informacje: że Janko podrywa każdą, a Jadzia nieskromnie się zachowuje za stodołą. Lokalne wiadomości. Wszystko cię dotyczyło!

I mózg się – generalizując - oduczył selekcji, a zaczął po prostu, jak narkoman, łaknąć informacji, zwłaszcza apetycznie podanej. To nie tylko internauci szprycują się informacjami i nic z tego nie ma. Także grzechem naukowców jest ćwiczenie pamięci, przez publikację kolejnych badań z ogólnymi wnioskami, a nie przewidywanie życia. Biznes ma to samo – każda firma gromadzi tony danych na tematy historyczne i próbuje jechać potem, patrząc we wsteczne lusterko, choć przecież nikt poważny nie da sobie uciąć nawet palca za to jaka będzie na świecie sytuacja ekonomiczna za miesiąc. Ale nie ma to, jak zebrać dane, prawda?

A czy to było dobre, czy złe, jeśli oczywiście można to wartościować?

Jakbym miał to wartościować, to wolałbym archaiczną wersję niż tę. Bo takie zapchanie się informacjami powoduje, że nam się wydaje, że nasz zakres troski jest jakiś kosmicznie wielki i trzeba mnóstwa czasu, żeby to wszystko przeanalizować. A żeby nie wiem co, przecież zakres wpływu i tak zostaje mały. Z większością rzeczy i tak nie możemy nic zrobić. Nie mamy ani co się tym interesować, ani marnować na to czasu. Mamy taką łatwość i taką chęć, brzydko mówiąc "pornograficzną", żeby te informacje w siebie pompować, bo to może się przydać. Just one more level. Jeszcze tylko jedna strona na Kwejku. I jeszcze jedna!

Kiedyś były takie fajne badania, bo nasz mózg uzależnia się od wpieprzania tych informacji na umór. Od jednego hyperlinka do drugiego - tak "bang, bang, bang" przeskakuje. I wyszło na to, że: normalnie wiedza trafia do - użyję kolokwializmu – przedpokoju pamięci, gdzie jest porządkowana i potem trafia do odpowiedniego pokoju, do którego przynależy. Natomiast przypadku "googlania" mózg pracuje tak, że jest permanentnie zajarany, ale te informacje utykają w przedpokoju. Jest ich zbyt wiele, żeby to przerobić! Mózg świeci się na skanerze jak żarówa, jakby pracował pełną parą. Ilość roboty maksymalna, jakość - żadna. Bo tak „pożarte” informacje nigdzie z tego przedpokoju nie trafiają i wypadają z powrotem.

Wąskie gardło?

Tak. I człowiek sobie siedzi, klika, struna ze śliny mu do ziemi sięga i o drugiej w nocy orientuje się, że się zmęczył, ale jakby zapytać go o to co zrobił konkretnego, to właściwie nie ma zielonego pojęcia. 500 tysięcy stron przejrzał i żadnego, nawet najmniejszego, wniosku nie ma. Więc ta ilość informacji absolutnie przeżarła możliwości obliczeniowe mózgowego procesora.

Tak samo są konstruowane media. Informację trzeba podać jak defibrylator dla mózgu, żeby się przykleił do telewizora. Nie powiesz na przykład, że "woda w kranie ma chyba zaburzone normy", tylko robisz newsa: "Tylko u nas o 11:30 dowiesz się, czy twoje dziecko pije truciznę w domu!". A ludzie na to: "Oooooaa, wszyscy umrzemy!". Chodzi o to, że ty tych informacji nie relacjonujesz, tylko je kreujesz, bo rzeczywistość jest za słaba, żeby ją pokazywać taką, jaka jest. Trzeba ją tak wzbogacić, żeby wszyscy się bali że umrą, jeśli tego nie przeczytają. Nawet technologia przestała być neutralna. Inżynierowie zachowania produkują aplikacje społecznościowe i urządzenia tak, żeby użytkownik nie mógł się od nich oderwać. Celowo. To jest sukces.

Tak samo jest z "Review Territory", czyli programem, który prowadzimy i z tym benchmark testem ze spławianiem tratwą Samsunga Galaxy S II. Niczego już się nie robi normalnie, bo "normalnie" się już przejadło. Normalni ludzie się przejedli, normalne historie - wszystko musi być popierdzielone – przykro mi.

Bo świat się zbrutalizował i dąży do momentu, w którym nastąpi odwrót od tej sytuacji. Kiedyś na blogach wszyscy mieli te swoje flaki na wierzchu, panowała taka chirurgiczna sensacyjność i to było takie trendy, a z drugiej strony było jak bilet do kina - jak tego nie masz, to nie wejdziesz do środowiska. A w tej chwili zaczyna się takie "tumblerowanie od tyłu", gdzie blogi zaczynają być takie ładne, oldskulowe, ludzie dają zdjęcia książek. To znaczy, że są tacy, którzy upominają się o to życie, które jeszcze jakoś tam pamiętają.

Pewnie bym się i zgodził. Myślę, że falami będą się działy różne rzeczy. To, że w  modach pewne rzeczy wracają, to chyba tylko faceci się nie orientują, bo babki o tym od dawna wiedzą.

Ale dam ci bardzo karkołomny przykład tego o czym mówisz i ile jest w tym racji: w ramach kampanii marketingowej w miejscu z którym współpracowałem, wygrała forma promocji, w której wysyłało się do ludzi odręcznie pisane listy. I to robiło im dopiero kwas w mózgu jak patrzyli i myśleli: "Kurna, co to jest?!". Normalnie napisany długopisem list ze znaczkiem w kopercie, a nie ulotka, którą otwierasz, wydrukowana, polakierowana, barwna... A tu wiesz, że ktoś nad tym, co masz w ręku legalnie ślęczał!

Ci ludzie czują wtedy, że to jest spersonalizowane, że ktoś o nich pomyślał.

Tak, nie da się ukryć, że ktoś się nad tym nasiedział, ale to pokazuje jednocześnie, że nie potrzebujemy takiej masy bodźców wokół siebie. Że to uzależnia, jak pchanie w siebie dragów, ale do niczego konkretnie nie prowadzi. Niby jest fajnie i super, ale z satysfakcją w życiu to ma niewiele wspólnego. Satysfakcja w życiu nie bierze się ze zjedzenia pączka. Ze zjedzenia pączka bierze się przyjemność, a potem jesteś stary i nie wspominasz pączków, tylko zdobyte szczyty. Tak samo tutaj - jest taka całkiem spora i rosnąca grupa ludzi, którzy wolą iść w jakość, a nie w ilość. Którzy widzą, że ekonomia bez moralności to chciwość i zawsze prowadzi do upadku. Więc może lepiej dla mnie samego, żeby ta informacja, którą puszczam była może jedna, ale fajna. I żebym nie robił 50 projektów, tylko - tak jak powiedział Steve Jobs - powstała po mnie jakaś rysa na wszechświecie.

A w ogóle to trzeba powiedzieć o tym, że Internet jest raczkujący. Cały czas. Na Facebooku jest teraz tyle informacji, co w całym Internecie w 2004 roku. Więc Internet nabiera „masy” w takim tempie i nowe technologie rozwijają się w tempie, które jest naturalnym tempem dla nowej technologii. Sieć jest takim niemowlaczkiem i nie wiadomo ani jak to się skończy, ani do czego doprowadzi, ani gdzie osiągnie swoją pierwszą stabilizację. Po prostu wszystko się rozpycha i z drżącymi łydkami czekaliśmy na 31 marca, kiedy grupa Anonymous zapowiedziała, że Internet zablokuje. Kiedyś to było możliwe, bo to była sieć uniwersytecka - zablokowałeś jeden serwer i koniec.

Wspierasz Anonimowych?

Nie, nie wspieram, ja jestem strasznie ciekaw czy to się da zrobić. Najbardziej by się ucieszyła armia amerykańska, bo to oni zawsze twierdzili, że się nie da, a jakby ktoś zafundował Internetowi obstrukcję, to by wiedzieli, że można i tych Anonimowych znaleźli i opłacili im etat. Zawsze znajdą się tacy Anonimowi, którzy stwierdzą potem, że nie chce im się pracować dla idei, ale za to chcą mieć porządne emerytury czy wykształcenie dla dzieci. Podejrzewam, że to właśnie tak się kończy w większości przypadków. Byliby naprawdę dzielnymi pracownikami, którzy będą zasuwać za pół darmo i zastanawiać się jak ten Internet zatrzymać. Każdy by chciał mieć takich w agencji wywiadowczej. Po wtóre wykazali się ile są w stanie zrobić za darmo, więc też są dla każdej firmy marzeniem. Ale my nie o tym.

Wyrosło pierwsze pokolenie, które wychowało się na Internecie. Net powstał, kiedy to pokolenie jeszcze było młode (na przykład ja). To pokolenie przerobiło te wszystkie grząskie historie komunikacyjne: gołe baby i to, że trzeba pisać czy mi staje, czy mi nie staje i że mi piesek zdechł, a potem wszyscy klikają "lubię to!", bo tak naprawdę nie wiadomo co z tym zrobić. Albo jak złamałem nogę, albo urwało mi rękę… Więc ludzie też muszą odkryć jak się do tego narzędzia ustosunkować.

Ale generalnie - to robi ludzkości bardzo dobrze. Na przykład ludzie, którzy mają teraz mniej niż 30 lat, są bardziej skłonni do pomocy, niż jakiekolwiek inne pokolenie w historii, które zostało przebadane. W tym kontekście jest to pierwsze w historii pokolenie, któremu nie można powiedzieć (jak zwykle chyba), że jest gorsze od poprzedniego.

A nie są skłonni tylko do pomocy wirtualnej?

Nie, w ogóle. Są bardziej altruistami na poziomie działania, niż kiedykolwiek przedtem, dlatego że to jest norma. Na przykład funkcją Facebooka, oprócz tego, że on tam sobie jest i można tam napisać, że piosenka mi się podobała, albo że chcę kupę, albo że wstałem, jest też to, że on funkcjonuje jako takie podziemie pod językiem korporacyjnym. Czyli ludzie, o których wiesz, że mają dobrą reputację - twoi przyjaciele, o których wiesz, że nie chcą zrobić ci nić złego - piszą, że jakiś film jest dobry. Okazało się to być takim świetnym sposobem, żeby ominąć komercyjny bełkot, typu: "Kup nasze mydło, bo nasze jest najlepsze i już zawsze będziesz po nim szczęśliwy". Ludzie zrobili sobie z tego taką własną, bazującą na reputacji platformę przekazywania informacji. Ta metoda z resztą zawsze funkcjonowała, bo bazowanie na reputacji i przekazywanie sobie ostrzeżeń jest kluczową umiejętnością w historii ludzkości. Przykładowo bada się zjawisko zwane potocznie "plotką"…

Mówiłeś niedawno w Czwórce o funkcji ostrzeżeń…

Tak, kiedy dowiadujesz się czegoś strasznego, to w głowie generuje się napięcie, które znika dopiero wtedy, kiedy ostrzeżesz kogoś, kogo znasz i lubisz. Jak kiedyś znałeś 12 osób i okazywało się, że jedna z nich gwałci małych chłopców za stodołą, to było to ważne, żeby o tym wszystkim zagrożonym powiedzieć. Umówmy się, że jeśli zachowałeś tę informację dla siebie, to wystarczało poczekać kiedy połowa wsi będzie chodziła jak John Wayne. Ale jeśli potem się zwiedzieli, że mogłeś ich ostrzec, a nie dałeś rady – byłeś wywalany i umierałeś z przyklejoną na plecach kartką „sprzedawczyk”. Teraz ludzie też sobie mówią, ale w innej skali. Masz taką grupę ludzi, o których wiesz, że ich znasz. Zobacz ilu followersów ma Michał Brański, bo każdy wie, że jak Michał na coś w necie trafia i udostępnia, to pewnie są to niebagatelne rzeczy.

A przynajmniej wiesz, czego się możesz po ludziach z listy znajomych spodziewać.

Dokładnie. Wiesz, że oni nie mają żadnej intencji, żeby ci zrobić krzywdę. Prawdopodobnie.

A jeżeli mają, to zazwyczaj o tym wiesz.

I oni mówią, że ten produkt jest dobry, a że to warto, a tego nie warto i to jest bardzo fajna funkcja, bo ona generuje zupełnie inne myślenie, które było niedostępne ludziom do tej pory. Ale jest to też mechanizm obronny. Zobacz co się dzieje na rynku: jak człowiek próbuje się dowiedzieć czy coś jest dobre, czy nie, to kiedyś wystarczyło, żeby na forum sprawdzić, a teraz nawet ludziom na forach płacą. Toteż jak kogoś nie znasz, to nie masz zupełnie pojęcia kto to pisze. Może to być Wojtek, który twierdzi, że ma 12 lat i że każde dziecko potrzebuje miłości od dorosłego. A okazuje się, że ani to Wojtek, ani on ma 12 lat.

Podsumowując: ludzie teraz nie uczą się zbierać informacji, tylko odsiewać te, które są wartościowe od tych, które nie są. Nawet Umberto Eco mówi, że warto by z tego zrobić osobny przedmiot szkolny.

Mówisz o potrzebie selekcji, ale czy tym ludziom, którzy będą teraz selekcjonować informacje, nie będzie głupio, że inni to tyle czytają i przyswajają, a oni się koncentrują na jakiejś wąskiej dziedzinie?

No nie, bo po pierwsze pokolenie Facebooka w ogóle ma kłopot z koncentracją i po trzech minutach czytania jednego tekstu zaczyna się horror. Naprawdę. Niedawno zrobiono świetne badanie, które dość precyzyjnie przewidziało którzy studenci będą mieli słabsze oceny. Wystarczyło ich posadzić na kwadrans przed komputerem i kazać się uczyć. Żeby mieć słabsze oceny, wiesz ile razy wystarczy sprawdzić Facebooka w ciągu tego kwadransa? Raz. Nasze technologiczne pokolenie się bardzo słabo koncentruje. Wybitnie słabo. A większość „rozkojarzaczy” ma podłoże technologiczne. Nie wiadomo co z tego wyniknie. So, sorry.

Ale my znowu nie o tym. My o tym, że ktoś ma tyle zaparcia jak Wozniak od Jobsa i da radę być ekspertem. To teraz wyobraźmy sobie coś takiego: masz telefon Samsung Galaxy S II. Tutaj jest pierdyliard różnych funkcji w środku: jest kamera, jest pewnie żyroskop, już nie mówię o tym, że jest wyświetlacz nowej generacji, jest szkło hartowane, z tyłu jest plastik na którym nie zostają odciski palców, jest fura takich różnych rzeczy, a na szczycie tego wszystkiego marketing. I jest bateria, która jest zawsze wąskim gardłem, bo ci ludzie od baterii są chyba jakimiś skazańcami na dożywocie - jak im się pokazuje listę rzeczy, które mają na tym chodzić, żeby bateria trzymała dłużej niż 5 minut, to się zwalniają. Każdą z tych rzeczy, które tutaj są, musiał opracować ktoś, kto się ponadprzeciętnie na tym znał. A jednocześnie ten człowiek musi współpracować z ludźmi, którzy się ponadprzeciętnie znają na swoich rzeczach: i na plastikach, czyli tworzywach sztucznych, i na bateriach, i na żyroskopach, bo to wszystko musi się zmieścić w jednym systemie. I to stoi w opozycji do tego, czego się uczy u nas w szkole. Bo u nas w szkole uczy się tego, że każdy ma wszystko robić sam i po trochu. "- Sam zrobiłeś pracę domową?" "- Sam." To dobrze. "- Sam zrobiłeś pracę domową?" "- Nie, bo mi Jadzia pomogła". A to niedobrze - lacha. Bo jak ci Jadzia pomoże, to jest źle.

A tymczasem w firmach takich jak O2, jak Apple, jak Nokia i wszystkie inne, zasada polega na tym, że się bierze ludzi z różnych dziedzin, którzy się ponadprzeciętnie na tym znają i nie uważają tych, którzy nie znają się na tym tak jak oni za wałów. Potrafią usiąść przy jednym stole i wymyślić rewelacyjny produkt i dogadać się z innymi, żeby podzielić się z nimi miejscem, zużyciem baterii, czy nawet pamięcią urządzenia – kiedy się tworzy aplikacje. Nie jest tak, że: "- Ja potrzebuję trzech voltów, a wy się chrzańcie, bo moje jest najważniejsze, bo tu musi być kamera". A inni na to: "- Nie, nie, żyroskop jest najważniejszy, a ty jesteś rodzynem kostropatym, bo jakbyś nie miał dobrego żyroskopu, to byś nawet nie wstał z łóżka". Oni nie rozmawiają w ten sposób, tylko szukają konsensusu, żeby to się zmieściło.

I w tym kontekście nie da się tego inaczej zrobić. Jak się nie będziesz na czymś wybitnie znał, to nie zaistniejesz w żadnym zespole. Musisz się liczyć z tym, że zawsze już będziesz częścią jakiegoś większego projektu, bo większość biznesów polega na łączeniu usług. A inwestorzy ciągle szukają nowych pomysłów, młodych ludzi i ciekawych akcji do przyłączenia się.

Na twoim portalu, czy jakimkolwiek innym, pisze się często jakie zawody są najlepiej płatne. Jeżeli ja się nie nadaję do tego zawodu, to choćby nie wiem jak dobrze płatny był to zawód, jak się pojawi ktoś, kto lubi to robić i się angażuje, to mnie rozjedzie na poczekaniu. Najważniejsze jest to, w co lubię się angażować, dlatego że nie będę miał motywacji cały czas! Motywacja szybko przejdzie. I jak nie będę miał motywacji, to się wtedy już nie zmuszę. I wtedy pojawi się taka osoba, która tej motywacji nie ma, ale powie: "Oj tam, i tak nic innego nie umiem robić". Przecież Justyna Kowalczyk nie wstaje każdego dnia i nie mówi: "Kurna, ale bym sobie na nartach pojeździła, ale super pomysł!". Raczej możemy założyć, że jej się zwykle nie chce, ale jednak potrafi się zmobilizować i zrobić te różne rzeczy. I tak samo tutaj: muszę znać się na tym, co mam do zrobienia - swojej dziedzinie. Z drugiej strony muszę się umieć dogadać z innymi osobami, choćby po to, żeby wypromować swoje projekty! Bo ani ten wywiad, ani ten Mac, ani ten telefon to nie są najlepsze rzeczy, jakie ludzie wymyślili, tylko to jest zawsze najlepszy pomysł, do jakiego umiano przekonać kogoś, kto daje kasę.

W Polsce to zwykle wyglądało tak, że się pojawiała jakaś osoba i mówiła: „Ale ja mam świetny pomysł. Tu będzie taki css, tu będzie taki portal zrobiony, a tu będzie taki flesz i to wszystko w 3D będzie, i w ogóle." A potem przychodził Marian do prezesa i mówił:

    - Rysiek, ja mam szwagra, on kładł kafelki i on kurde nie ma pracy, wiesz?

    - Ale co on umie? Miał coś wspólnego z Internetem?

    - No w HTML-u trochę…

    - No ale to jest stare jak świat!

    - Ale pamiętasz jak ci żonę woziłem jak była w ciąży…?

    - Dobra, weź go, niech zrobi w HTML-u.

Krótka piłka - wcale nie najlepszy pomysł przejdzie, tylko musisz się nauczyć grać w grę i wygrać zgodnie z tymi regułami, które są. I zawsze tak będzie. U nas jest kupa ludzi, którzy mają dobre pomysły i zero umiejętności autopromocyjnych: "Tadam! Oto mój świetny pomysł!", a reszta mówi:

- Nie rozumiemy, wyperswaduj nam to.

- Nie rozumiecie, matoły? To wasza strata - i wychodzi.

To jest źle! Ekspert to ktoś, kto ma impakt na rzeczywistość - jak nie masz impaktu, to nie jesteś ekspertem! Jeżeli masz dobry pomysł, to przepychasz go, a rynek go wchłania - to jest miarą eksperctwa. A nie jest miarą eksperctwa na przykład to, z czym mamy do czynienia w Polsce: "Mówiłem wszystkim, ale mnie nie słuchali". Ktoś, kogo nikt nie słucha jest w biznesie bezwartościowy. Zresztą nie tylko w biznesie.

Ma się dziać. Tak jak to jest w "Review Territory", który jest programem zupełnie bez scenariusza, gdzie siadamy z Tadeuszem i coś wymyślamy. Nikt normalny by z tym nie zaryzykował. Ale my z Tadeuszem musieliśmy się wykazać, żeby jakoś przekonać ludzi:

- No dobrze, ale o czym ma być ten program?

- O tym, że sobie gadamy o jakichś głupich rzeczach.

Ale my mieszamy w tym wątki kulturowe, rozmawiamy o kobietach, seksie, wychowaniu, czasach, polityce. Dopiero trzeba mieć tupet, żeby to przepchnąć w telewizji!

Rozumiem, że woziłeś czyjąś żonę?

Tak (śmiech).

A jaką twoim zdaniem największą krzywdę wyrządziły człowiekowi nowe technologie?

Poza tym deficytem uwagi, o którym mówiliśmy… Mam takie sformułowanie, które lubię i które się nazywa "Ghost in the shell". W takim kontekście, że jakiś konkretny człowiek jest intelektualnie wyjątkowy i okazuje się, że ma na przykład niedrożność jelit. Czyli intelektualnie super, ale ku swojemu zaskoczeniu, nagle rozbija się o mur własnej niedołężnej fizyczności. Wielu takich ludzi spotykam. Myślą, że jak mają mózg z bardzo rozbudowaną „muskulaturą neuronów”, to są w stanie rozpieprzyć każdy internetowy i cyfrowy projekt, i to spowoduje, że się zrobią nieśmiertelni. Wszystko jest tego warte: „Live forever or die trying”.

Nie ma takiej możliwości. Co prawda istnieje takie podejrzenie, że przed 2040 rokiem będzie można wpuścić do systemu swój sposób myślenia i on będzie na sprzedaż. Rodzina będzie mogła zarabiać na tobie nawet jak umrzesz. Ale na razie to jest tak, że to tak strasznie omamia, że w pewnym momencie się orientujesz, że na wiele rzeczy jest już za późno. Na przykład chciałbyś posiedzieć i coś porobić, ale masz takie zmiany miażdżycowe, że się nie możesz ruszyć. I potem na przykład niektórzy dostają zawału i myślą sobie:

- Ale jak to, panie doktorze, przecież jak chciałem iść jutro do pracy…

- Ale pana serce tutaj…

- Co pan, jakie serce, gdzie ono było przez tyle czasu?

- No nic panu nie było, bo miał pan 26 lat, a jak ma się 26 lat, to można po sercu traktorem jeździć i nic mu nie będzie, ale potem zaczynają się wertepy.

Czyli zaburzenie zrównoważonego rozwoju.

Tak, bo kiedyś trzeba było za tym wszystkim chodzić. Jak chciałeś coś zjeść, to trzeba było gdzieś pójść i to wręcz nieźle się wyprawić. Nie mówię o tym, że jak chciałeś zjeść mięso, to trzeba było za nim pobiegać i to czasami 2 dni, a jak chciałeś iść do pracy, to trzeba było wyjść z domu. Teraz to wszystko dzieje się w głowie i jak ci się wydaje, że się w głowie napracowałeś, to się naprawdę napracowałeś. W odróżnieniu o tego jak to się działo w Matriksie – jeszcze nie możemy leżeć w akwariach z USB w potylicy. Dziś jeszcze rzeczywistość cię dogania.

W pewnym momencie okazuje się, że mózg masz supersprawny, ale nie ma jak go przeszczepić do innego ciała. I nie to cię hamuje, że nie możesz wymyślić, tylko to, że cię łeb napiżdża i nie możesz nic z tym zrobić. Mam masę takich klientów, którzy umysłowo są tacy, że tylko transplantację robić, albo przełożyć ten mózg do słoika. Tylko nie ma jak tego zrobić, a oni się rozkładają, bo mają miażdżycę i nie mogą się skupić, bo tak ich boli noga albo kręgosłup. Łatwiej zapobiegać niż zwalczać i to nie tylko zmarszczki. Medycyna jest jednak jeszcze na takim poziomie, że jak już zachorujesz na coś poważnego, to raczej do śmierci będziesz już na to chory.

Uważam, że warto przypominać ludziom takie historie, a zwłaszcza takim, którzy uważają się za intelektualistów. Hmm, teraz zresztą chyba każdy się uważa za intelektualistę… Ale rzecz w tym, że zamiast przeczytać dwie książki więcej w tygodniu taki ktoś mógłby pójść na siłownię i to mu da lepszy efekt, bo tam ma najbardziej zaniedbaną grządkę w życiu. A nie w czytaniu. Jak przeczyta te dwie książki więcej, to będzie promil efektu. A gdyby pobudził układ krążenia i rozruszał mięśnie, to z tego byłby w stanie wyciągnąć 12 godzin pracy w tygodniu więcej.

W Polsce mamy wyjątkową sytuację jeśli o to chodzi, bo tutaj każdy obywatel od lat 4 w górę zjada 3 środki przeciwbólowe w tygodniu. A trzeba pamiętać, że organizm nie ma takiej możliwości, żeby coś wyszło ze środka i powiedziało, że taki styl życia to nie jest dobry pomysł. Organizm właściwie może cię tylko boleć. Można to leczyć albo stłumić ten ból, żeby mu zatkać ryj. Ta druga wersja jest lepsza, bo tańsza i nie trzeba iść do lekarza. Ale do czego to prowadzi?

I to jak dla mnie jest największa krzywda. Ludzie łażą na tę intelektualną siłownię, a potem to wszystko i tak idzie w piach, bo mają miażdżycę od fajek.

Co prawda dotykałeś już w rozmowie tego tematu, ale powiedz czy sieci społecznościowe niszczą czy budują więzi międzyludzkie?

Lepiej przez telefon niż przez Facebooka, jak pokazują badania. Facebook nie jest już taką siecią znajomych jak na początku. Każdy ma tych znajomych bardzo dużo i mam wrażenie, że w tym momencie może to być wręcz takie konsylium eksperckie. Na przykład pytasz gdzie coś zjeść albo czy film o Margaret Thatcher jest dobry i znajomi tam piszą i polecają, a my wiemy, że to są ludzie o podobnym guście do naszego. Zresztą teraz możemy odfiltrować, żeby ci co nie mają podobnego gustu, a przyjęliśmy ich tylko przez życzliwość i litość, żeby ich w ogóle nie było widać. I patrzymy co im się podoba.

Po drugie - jeśli chodzi o sieci społecznościowe, to znajdują się tam różni ludzie, którzy też mają problemy i jest szansa, żeby im pomóc. Jeśli komuś zginie piesek, to przez to, że my info o tym udostępnimy - abstrahując od faktu czy ten piesek się znajdzie, czy nie - to nam dobrze robi. Ja - użytkownik sieci - czuję, że dzień się na dobre nie zaczął, a już jestem dobrym człowiekiem. Jak mnie tramwaj teraz walnie, to raczej do nieba pójdę. To może dawać dużo poczucia własnej wartości i na każdym poziomie możemy się czuć lepszymi ludźmi. Bo co prawda to tylko kliknięcie, ale to jest takie życzliwe - chcę komuś pomóc.

Ale to nie wymaga poświęcenia, nic nie kosztuje…

Życzliwość generalnie nic nie kosztuje i wsparcie możesz komuś dać nawet jak nic nie masz. Żeby być szczerze życzliwym wystarczy być silnym i odważnym. Ale sieć nam daje możliwość, żeby tego rozsiać dużo więcej niż do tej pory. Jak mówiła Matka Teresa: "Żeby każdy odszedł od ciebie w lepszym nastroju niż przyszedł". Łatwiej jest zresztą być dobrym człowiekiem jeśli już coś zacząłeś robić. Jak tego Fejsa nie było, to trzeba było się nakombinować, a teraz wystarczy kliknąć, że lubisz i się wszyscy cieszą.

Na przykład jest taki efekt z urodzinami na Fejsie. Bo - umówmy się - nie mamy tego mózgu za sprawnego, on się nabiera na najprostsze sztuczki. Na przykład kobiety się malują i perfumują i wszyscy o tym wiedzą, a i tak myślą, że są młode od tego.

Zwłaszcza same kobiety.

Tak, to pokazuje, że człowiek nabiera się na proste oszustwa nawet. I tak samo jest na Fejsie - jak się wyświetla, że ktoś ma urodziny, to przecież nic nie kosztuje, żeby napisać "100 lat", no bo już mniej faktycznie zrobić trudno. Ale i tak się cieszymy, bo dużo ludzi pamiętało i można było wszystko lajknąć, a niektóre wpisy skomentować. I wiemy jak to jest, ale nas to nie obchodzi, bo fajnie się czujemy, że tyle ludzi, że ktoś pamiętał i w ogóle. Nawet nie musimy z nimi gadać, bo jeśli mamy 200 znajomych na Facebooku i każdy miałby dzwonić i opowiadać jak bardzo się cieszy, to cały dzień z głowy.

Ale w ogóle na pewno lepiej działa dzwonienie i dużo osób z tego korzysta. Tym niemniej Facebook ma teraz late-userów, czyli w marketingowym slangu "późnych użytkowników". Kiedyś był taki moment z dotcomami, że jak ktoś miał dotcoma, to zaraz miał pieniądze, to do niedawna jak ktoś założył portal społecznościowy, to był skazany na sukces.

Teraz już na to za późno.

No tak, bo porobiło się tych serwisów. Moja sąsiadka, która całe dnie spędza na parapecie też ma takiego Facebooka, ale analogowego. Ona podgląda co się u sąsiadów dzieje.

Ale nie lajkuje.

No nie lajkuje (śmiech).

Natomiast jeśli chodzi o sukces życiowy, to znacznie lepsze efekty daje generowanie sieci kontaktów. Tylko nie takich, że ci znajomi są nominalni, tylko tacy, z którymi się utrzymuje kontakt. Na przykład hecną historią jest to, że najliczniej reprezentowaną cechą wśród tak zwanych self-made-milionerów w Wielkiej Brytanii jest to, że są dyslektykami. Czemu? Oczywiście jest wiele przyczyn. Z jednej strony uczy ich to od dziecka, że będzie trudno, a z drugiej strony nie piszą, bo jak coś napiszą, to wiedzą, że będzie padaka, więc wolą zadzwonić i powiedzieć. To, że dzwonią, powoduje, że ludzie ich lepiej pamiętają i do tego mogą liczyć na to, że ktoś zawsze powie o dwa słowa więcej niż niezbędne minimum.

- Umówisz się na kawę?

- Nie, nie mam czasu, bo sprzedaję samochód...

- Sprzedajesz samochód...? - i zaczyna się dziać nowa historia.

Z dzwonieniem to jest przy okazji tak jak z tym listem pisanym odręcznie.

Tak, teraz to jest już wysiłek, nawet mimo tego, że są komórki. Wydaje mi się, że komórki staną się z powrotem takim wyjątkowym urządzeniem. Jest na przykład całkiem spora grupa ekspertów, która zajmuje się ekonomią i którzy mówią, że z komórek należy zrobić karty kredytowe. Że gotówka jest zbędna i trzeba ją wytępić, bo generalnie śmierdzi kokainą albo jest siedliskiem bakterii i służy do robienia brudnych interesów, a cyfrowe pieniądze jest łatwo tropić. Że nie udało się stworzyć jednej wspólnej waluty, tak jak to próbowano przewidywać w filmach science-fiction: jedne kredytki na cały kosmos. Wspólną walutę z kolei mają tak różne ekonomicznie kraje jak Grecja i Niemcy, więc to nie zadziała.

Natomiast powstaje mnóstwo różnych malutkich walut, na przykład punkty w Paybacku, punkty na stacji benzynowej, na Facebooku… I być może warto by było, że jak się obaj spotykamy, a mnie się spodobał twój laptop, to ja mówię że kupię go za każdą cenę, gdyż jest to najpiękniejszy laptop jakiego widziałem i ty mówisz: "- Dobra, to będzie za 300 punktów na BP, 400 na Facebooku i 5000 golda z Warcrafta", i ja mówię, że dobra i przykładam swoją komórkę do twojej i wszystko leci na twoje konto.

Czyli prawie jak handel wymienny.

Tak, ta grupa informatyków i ekonomistów chce doprowadzić do tego, żeby można było wymienić wszystko na wszystko.

Z kartą bankomatową jest tak, że od tego wydajesz dwa razy więcej pieniędzy, tyjesz i jest ci ciężko, ale na co dzień o tym w ogóle nie myślisz, bo to też i nie wynalazek dla ciebie, tylko dla banku. PayPass wcale nie przeszedł dlatego, że jest wygodniejszy, tylko dlatego, że ludzie go używają i jest z tego następna kabona dla banku. Już nawet nie mówiąc o większej ilości zakupów i kasie „dla sklepu”.

Z lekarstwami podobnie. Ciężko odróżnić co choroba, a co nie i dochodzimy do jakichś absurdów. Jak się podniosły głosy psychologów, że może taka choroba jak ADHD nie istnieje, to wyglądało, że farmaceuci ich zjedzą żywcem. "No jak nie istnieje, jak my lekarstwa na to mamy?!" Są lekarstwa, znaczy choroba istnieje! A nikomu nie przyjdzie do głowy, że niektórzy muszą się poruszać, żeby pomyśleć. Co prawda sportowców z nich nie będzie… Albo jak dzieci idą do szkoły, to ludziom zależy na tym, żeby się wzruszyły jak jest wiersz, a jak jest wesoła historia, to żeby porechotały. Ale jeśli mają ADHD, to już nie, bo emocje mają sprasowane od prochów i jest im wszystko jedno. Żadna wrażliwość z tego nie wyrośnie, ale siedzą. No i przede wszystkim pan prezes „farmafirmy” ma na kolejny kredyt hipoteczny.

A czy uważasz, że na tym etapie rozwoju cywilizacji lepiej jest ludzi otępiać tym chemicznym jedzeniem i lekami, bo jest za dużo informacji i lepiej ich do siebie nie dopuszczać, czy jest to wręcz wskazane, żeby zbyt dużo nie kojarzyli?

Każdy człowiek jest leniwy poznawczo i jeśli da się na tym zarobić, to nikt nie będzie pytał w biznesie (tak samo zresztą jak w nauce) czy można albo wypada coś zrobić, tylko czy się da. Tak jak to było z bombą atomową. Kiedy prowadzono wywiady z ludźmi, którzy nad nią pracowali, mówili, że nie zastanawiali się nad tym co robią, tylko czy się da. Nie wiem co myśleli - że będą tym karmić niemowlęta…? I tak samo jest z resztą rzeczy: bez względu na to czy będziemy się zastanawiać czy to jest dobre czy złe, to i tak wyjdzie na to, że jak będziemy się obżerać tak jak teraz, to w 2020 będą już potrzebne trzy Ziemie, żeby nas wszystkich wykarmić, a jeżeli będziemy jedli tak jak w Stanach, to w 2040 będzie potrzeba pięć Ziemi.

W pewnym momencie to nie będzie kwestia tego, czy jedzenie wyrośnie naturalne, czy genetycznie zmodyfikowane, bo po prostu nie będzie co jeść i tyle - nikt się nie będzie zastanawiał jak zdrowiej. Jeśli na pustyni wyrosną tylko ziemniaki z GMO, to o czym mamy rozmawiać? Wobec takich i im podobnych faktów pytanie czy lepiej otępiać ludzi, czy dawać szansę przeżywać emocje jest raczej nie na miejscu.

Ten problem dotyczy też trochę zjawiska, które jest nazwane hedonizmem teraźniejszości: „Teraz mam mieć dobrze, a potem nieważne”. Teraz mogę się bzykać bez zabezpieczeń, a potem wszystko jedno. Teraz się najaram fajek, a potem wszystko jedno. Teraz będę mieszał wódkę z ibupromem, a potem wszystko jedno. Teraz będę brał dragi, a potem wszystko jedno. Ważne, żeby teraz było w porządku. To się również sprowadza do brania kredytów - ważne, żebym teraz miał pieniądze, a potem wszystko jedno. Nie ma takiego prastarego myślenia ekonomicznego, że ja zawsze pożyczam te pieniądze od siebie i będę musiał to spłacić w przyszłości. Biorąc kredyt, żeby go przejeść tak naprawdę nie stajemy się bogatsi, bo to nasza kasa od nas z przyszłości pożyczona. Nie z banku. Nie jesteśmy więc bogatsi, tylko się tak zaczynamy zachowywać. Oszczędzać trudniej.

Swoją drogą, zaoszczędzone mam punkty z programów lojalnościowych, ale nie wiem co z nimi zrobię, chyba w spadku je oddam, bo nie wiem co miałbym stamtąd wziąć. Na przykład są tam garnki, ale po co mi garnki, jak ja mam garnki. Mam na nie patrzeć?

Wymień w barterze.

No właśnie, gdybym mógł wymienić, to bym to zrobił.

A kiedy patrzysz na Internet, to patrzysz z nadzieją czy obawą? Nie mówię tu o niektórych stronach.

No są takie strony, że jak na nie patrzę, to mam zawsze nadzieję, że na końcu będzie ślub (śmiech).

Mam dobre przeczucia, bo ludzie potrafią sobie poradzić. Wydaje mi się, że żyjemy w takim fajnym momencie, że wszystko się szybko rozwija i jest co robić. Wyobrażam sobie, że gdybym miał być recenzentem gier za 40 lat, kiedy - wszystko wskazuje na to, że tempo zwolni - nie byłbym taki zadowolony.

Mamy w tej chwili fajną sytuację, a będzie się działo coraz lepiej, bo Internet jest na tyle elastycznym narzędziem i na tyle poszukującym, że nie wiadomo czy ludzie będą woleli videokonferencję, czy będą woleli do siebie podzwonić, czy będą woleli pisać, a jak będą woleli pisać, to czy będą z tego jakieś matryce powstawały. Czy będą takie wirtualne domki i każdy będzie na siebie pracował, specjalizował się… Szczerze mówiąc w ogóle nie wiadomo co będą ludzie woleli, bo nie wiadomo co jeszcze będzie do wyboru! I nawet nie ma co przewidywać. Jak w 1964 roku Arthur Clarke powiedział, że w XX wieku będzie można do siebie dzwonić nawet jak nie będzie się wiedziało, gdzie jest nasz rozmówca, to się pukali w głowę. Więc nawet ciężko mi przewidywać co będzie do wyboru w ramach komunikacji przyszłości.

A co do sieci jako świata cyfrowego. Pracujesz zawsze na swoją markę i może w tym kontekście Internet rozwinie się w taki sposób, że będziesz miał swoją wirtualną wersję – taki twój awatar. Będzie może wersja 3D, do której będziesz sobie przyklejał swoje dane, swoje CV, skillsy i tak dalej. To będzie taką fajną sprawą, bo chociaż nie jesteśmy nieśmiertelni, prawnuczek będzie mógł wejść na stronę pradziadka pod nazwą „Nie wszystek umrę” i zobaczyć co on tam w życiu robił. Zobaczyć jak i co myślał, że zrobił recenzję, napisał książkę, przeprowadził wywiad. Że na Facebooku było mu ciężko, bo dwa razy zrobił sobie status "po rozwodzie", a raz "wdowiec", ale jednak dał radę. A skoro tak, to „jak mnie moja pierwsza dziewczyna w życiu opuściła, to może nie wszytko stracone”, bo dziadkowi też było ciężko, a dał radę.

Na koniec z zupełnie innej beczki: jesteś trenerem osobistym i przerabiasz różne ciężkie przypadki, więc czy istnieje jedno motywujące zdanie, które mógłbyś polecić wszystkim, którzy chcą nad sobą pracować?

Mam dużo takich zdań. Na przykład takie, że sukces jest efektem ubocznym tego, kim się stajemy. Nie można pracować nad sukcesem, on zawsze musi być efektem ubocznym czegoś większego. Z tego się bierze sukces. Pieniądze w ogóle nie biorą się z tego, że się pracuje nad pieniędzmi. I co śmieszne, a z czego zdają sobie sprawę ludzie, którzy mają pieniądze, pieniądze wcale nie są tam, gdzie się wydaje, gdzie jest bogato, czysto i nowocześnie. Jakbym chciał dużo zarabiać, to ostatnie kim chciałbym zostać, to finansista.

Druga rzecz jest taka, że jeżeli ktoś czegoś nie potrafi, to znaczy tylko, że za mało razy próbował. Jak ktoś ćwiczy to umie, jak nie ćwiczy, to nie umie. Każdy jest za to mistrzem w tym, co codziennie ćwiczy. Jeśli ktoś siedzi i stęka, to się robi mistrzem w siedzeniu i stękaniu. Reszta to interpretacja.

Trzecią rzeczą jest to, że na motywacji nie da się nic zbudować. Albo się coś lubi, albo nie. To zdanie powinno brzmieć: szanujmy chwile motywacji, tak szybko odchodzą. Jak cię coś nie kręci, to cię nie wywalą z pracy dopóki nie znajdą kogoś, kogo to kręci i po prostu będzie efektywniejszy od ciebie. Raczej liczy się włożone zaangażowanie. I to to wcześniejsze.

I ostatnią ważną dla mnie rzeczą jest to, że nie każdy jest wyjątkowy. W pewnym sensie jest, ale nie jest tak, że każdy jest w stanie odnieść sukces. Znakomita większość osób jest na przykład po prostu leniwa. Choć oczywiście to nie ładnie tak głośno mówić i sądzić. Albo dam inne przykłady. Jak idziemy do lekarza, to chcielibyśmy, żeby każdy z nich był wyjątkowy i skończył studia z wyróżnieniem. Niestety większość kończy ledwo, ledwo. Jak potrzebujemy hydraulika, to przychodzą trzy ekipy i dopiero czwarta wie o co chodzi. Większość osób po prostu pracuje słabo. Po części to fajne, bo jak się zdarzy osoba, której się akurat chce, to się od razu wyróżni. I dlatego bardzo naturalnym zjawiskiem kryzys, bo kryzys sprząta najsłabszych. Jak z portalami: portali było pierdyliard, a kryzysów drugi pierdyliard, ale O2 jednak zostało. Jak idą ciężkie czasy, to od razu wiadomo kto jest słaby, a kto nie. Firmy zachowują się jak antylopy, które mają przejść przez rzekę: wiadomo, że te najsilniejsze nie stękają. Stękają te, które się raczej nie widzą na drugim brzegu. Tak, że co prawda czas leci, ale ty jesteś pilotem.

Komentarze 26

  • Gość 22.04.2012, 02:55 | Zgłoś

    MEGA ciekawy wywiad! Jest co poczytać.
    22
  • Gość 22.04.2012, 05:32 | Zgłoś

    Przynajmniej 50% z tego tekstu mozna bylo zredagowac inaczej bo trudno sie to czyta.Fajny art, ale nie ze wszystkim by sie zgodzil. Chetnie bym sie z auto rem spotkal I porozmawial :)
    0
  • jacek2v 22.04.2012, 10:30 | Zgłoś

    Zajebisty artykuł. Panie Miłoszu dwie uwagi. Jedna do początku art.: same łykanie wiedzy nic nie daje, trudność jest z tym jak to przemielić, by coś z tego dobrego wyszło - to nie było takie jasne w tym co Pan mówił :). Druga uwaga do końcówki: nawet lenistwo może być wyjątkowe, niektóre wynalazki powstawały z lenistwa :) Pozdrawiam
    8
  • aga 22.04.2012, 14:18 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    magister to tytuł zawodowy, a nie naukowy - panie wszechwiedzący!
    -5
  • TakToJa 22.04.2012, 14:55 | Zgłoś

    Przeczytałem całość i zorientowałem się, że ciężko mi skupić uwagę na długim tekście :) :)
    4
  • niestety 22.04.2012, 14:58 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    ten serwis oddaje poziom ludzi czytających go, jesli do takiego poziomu doszło społeczeństwo Polskie to nie dziw że zostaliśmy sługusami Europy.... Poziom literacki jest beznadziejny, natomiast poziom intenrpretacji rzeczywistości przegonił samego Hegla... Lepiej napisać mało, ale z sensem niż dużo a takiego gniota
    -8
  • nie wiem 22.04.2012, 15:02 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    czy ten śmieszno żałosny zespół kolorowych kwadratow pod aartykułem to autor? Stary jeśli to ty napisałeś lub udzieliłeś tego wywiadu, to przemyśl do czego w życiu doszedłeś poza dobrym i zarazem błędnym mniemaniem o sobie. To jest słabe, liche, cienkie, tanie, powierzchowne, niskich lotów, nudne, nało błyskotliwe, na posziomie o2. wybacz
    -4
  • o czym 22.04.2012, 15:06 | Zgłoś

    użytkownik o pseudonimie Gość chce rozmawiać z autorem? o jego ego? czy o bzykaniu i pierdylionie? przecież to generowanie dna. facet nie rozumie sensu niektórych słów. nie rozumie jakei konsekwencje światopoglądowe pociąga za sobą świadome używanie np słowa "kreować" nie ma z kim mówić. Chociaż z drugiej strony przyszły świat będzie bardzo prosty. Dobrzy będą zostawiali dalece w tylu takich niestety przeciętnieaków jak Ci któzy tę pogawędkę prowadzili...
    -1
  • Gość 22.04.2012, 15:57 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    Stary !!! gadasz jak baba - skaczesz z tematu na temat. Zmień dragi, zażyj walium i odpuść sobie - a te futurystyczne prognozy zostaw dla zdolniejszych.
    -4
  • Krzysztøf Cegielski 22.04.2012, 16:12 | Zgłoś

    Wywiad świetny, aż się podpiszę z imienia i nazwiska. Z wszystkim muszę się zgodzić, niektóre pomysły podchwycić.. Brawo.
    4
  • Krzysztøf Cegielski 22.04.2012, 16:38 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    "Mamy w tej chwili fajną sytuację, a będzie się działo coraz lepiej, bo Internet jest na tyle elastycznym narzędziem i na tyle poszukującym, [...]" -> literówka (?), poszukującym/początkującym :) Poza tym, jak pisałem wyżej, rewelacja.
    -3
  • ja 22.04.2012, 21:50 | Zgłoś

    Wywiad ciekawy, ale jakby gość tak gadał u psychiatry, to by go nie wypuścili. Metafory, dygresje, porównania - tyle tego, że mózg się wyłącza, a ręka pisze:"zaburzenia myślenia. sałata słowna". Oczywiście winny jest pacjent, bo lekarz nie będzie przerywał, by spytać "czemu zmieniłeś temat, oczym mówisz, etc"
    6
  • Gość 22.04.2012, 22:55 | Zgłoś

    sam nie wiem co o tym myslec, przeczytalem calosc, czasami madrze, czesciej nie, myslalem ze bedzie to troche powazniej napisane, a co do paypass to jednak jest to udogodnienie bo jest jednak szybciej niz wklepywanie pinu
    0
  • obiektyw NY 23.04.2012, 11:51 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    Po kiego grzyba autor rozwodzi się tutaj na temat bycia patriotą? Rozumiem, że akurat ta kwestia prywatnie może mieć dla niego bardzo duże znaczenie ale w kontekście tego artykułu poruszanie jej jest bezcelowe. (Poza tym patriotyzm w dobrym wydaniu niewiele ma wspólnego z wojnami. )
    -4
  • Gość 23.04.2012, 13:50 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    no niefajnie że kasujecie moje komenty. powiem tyle - jeśli kryzys kasuje najsłabszych to długo nie pociągniecie
    -3
  • foobar 23.04.2012, 14:19 | Zgłoś

    Sam jesteś „followers”. Ma się „followerów”, a nie „followersów” – nowa kategoria gramatyczna? Liczba mnoższa? A może mnoga²? Pomijam już ubóstwo tej angielskiej polszczyzny, ale to inny temat.
    -1
  • Mikołaj Nowak 24.04.2012, 14:26 | Zgłoś

    Bardzo dobry artykuł, z pewnością jeden z lepszych, które miałem przyjemność ostatnio czytać. W trakcie czytania tego wywiadu można sobie na bieżąco wiele uświadomić. Bardzo zgrabnie połączone fakty, tezy z odnieesieniem do przeszłosci i przyszłości. Śmieszy mnie natomiast narzekanie moich znajomych i posty na facebooku ze słowem "dłuuugie" - jak by już nie pamiętali, że w podstawówce - potem liceum - czytało się znacznie dłuższe publikacje.
    3
  • Xaveri 24.04.2012, 22:55 | Zgłoś

    "magister to tytuł zawodowy, a nie naukowy - panie wszechwiedzący! " Brawo AGA! A głupole minusują - ŻAL.PL
    0
  • Xaveri 24.04.2012, 22:56 | Zgłoś

    Dodam tylko, że naukowe to są stopnie a nie tytuły jakby jeszcze ktoś nie wiedział :P
    2
  • Balkon 25.04.2012, 14:02 | Zgłoś

    Za dużo do czytania a i tak nie zapamiętam.
    -2
  • Gość 26.04.2012, 20:07 | Zgłoś

    Super,fajnie się czytało;)
    4
  • Gość 27.04.2012, 11:51 | Zgłoś

    Wywiad o wszystkim i o niczym. Mam do Was pytanie - ile jasnych, klarownych myśli zostało Wam po przeczytaniu tego wywiadu? Dobry wywiad czy artykuł to taki, który pozostawia konkretne rysy w pamięci lektora. Czytasz i myślisz facet chciał powiedzieć to, to i to. A tu jest wszystko, czyli w sumie nic!
    1
  • mr.x 30.04.2012, 16:34 | Zgłoś

    Ja zrozumiałem, poprostu czytałem jako luźną rozmowe a nie artykuł... jest git nie ma sie co czepiać
    4
  • Jodygrind 12.05.2012, 14:30 | Zgłoś

    Ten komentarz został ukryty ze względu na zbyt dużą liczbę negatywnych ocen. Pokaż

    Przykład manipulacji historycznej i paranaukowej, przygotowanej efektownie, dla lemingów, którzy wszystko "łykną" i będą zachwyceni. Upraszczanie myślenia o świecie, człowieku i zjawiskach z tym związanych jest ostatnio w modzie, bo trudne rzeczy nie są trendy. Po opadnięciu mgły i piany pozostaje pustka;)))))
    -3
  • Jan 28.05.2012, 04:12 | Zgłoś

    Raz próbowałem przeczytać cały artykuł i nie dałem rady, za drugim poleciało jak z kuszy. Może dlatego, że jest 4 nad ranem? Bardzo dobry wpływ na mnie ma ten tekst, szczególnie druga część :) Czyta się nawet dobrze, ale jest tam kilka kosmetycznych błędów :) Super wywody i podsumowania otaczającej nas rzeczywistości - kwintesencja codzienności
    0
  • Gość 23.04.2017, 21:07 | Zgłoś

    Język wywiadu jest okropny. Coś tam nawet mówi ciekawego, ale język jakim to mówi, nie podoba mi się.
    0